Kiedy się czegoś bardzo chce… a bardzo się o tym nie wie.

Był zimowy, mroźny poranek 2016 roku. Od 1,5 roku prowadziłem już animacje dla dzieci, kręcąc dla
nich kolorowe balony, puszczając bańki i świetnie się przy tym bawiąc. Poza sprzętem, który
wymieniłem, (plus mała chusta do animacji!) nie posiadałem nic więcej. Nie było to zbyt wiele, jednak wiecie co?
Rozpierała mnie duma, że potrafię poprowadzić kilkugodzinną imprezę bez niczego „ekstra”. Z drugiej
strony jednak narastała we mnie chęć wprowadzenia jakichś zmian i ulepszenia mojej oferty.
Postanowiłem się dokształcić. Zawsze sprawdzało się dla mnie powiedzenie, że „praktyka czyni mistrza”
dlatego zacząłem szukać firmy, z którą mógłbym podjąć współpracę i czegoś się od nich nauczyć.
Padło na firmę zajmującą się najnowszymi technologiami i robotami. Roboty i science fiction były moją
„zajawką” już od najmłodszych lat. Jako 7-latek z wypiekami na twarzy śledziłem poczynania ekipy z
Enterprise i oglądałem filmy typu „Godzilla kontra Mechagodzilla”. To było coś.
Miałem stać się częścią mojego dziecięcego świata i opowiadać dzieciom o tym, a czym sam jako
dziecko mogłem tylko pomarzyć! To było jak spełnienie marzeń. Ekstra!
Szybko jednak nastąpiło zderzenie z rzeczywistością. Stosy papierków, rubryki i szkolenie instant, po
którym nie do końca wiedziałem co i jak mam robić. A to, na jakich zasadach działają roboty, stało się dla
mnie jeszcze większą zagadką, niż było wcześniej.
Projekt się rozkręcał, dlatego samych warsztatów z robotami nie do końca jeszcze było dużo.
Rozumiałem to i cierpliwie czekałem, widząc w Ozobotach coś fascynującego.
Przyjrzyjmy się na chwilę Ozobotą, bo one grają tutaj główne skrzypce. Nie będę lał wody. Na początku
po prostu mnie rozczarowały. Jako fan „Łowcy cyborgów” spodziewałem się, że roboty będą co najmniej
potrafiły zaparzyć kawę. Mamy w końcu XXI wiek!
Na ziemie sprowadziły mnie rozmowy z programistami z firmy. Według nich Ozobot to był gość. I miał
naprawdę niezły kod! Potwierdzenie ich słów znalazłem w internecie i magazynach branżowych.
Programowanie to skomplikowany i żmudny proces. A sam Ozobot jest małym dziełem sztuki. Procesy,
które przetwarzał, żeby działać oraz precyzja, z jaką to robił, zajęło programistą go tworzącym więcej niż
jeden weekend. Zdecydowanie więcej.
Kiedy pojąłem to oraz sposób, w jaki można wykorzystywać robota do nauki (dalej nie do końca
rozumiejąc, jak działa) wiedziałem, że drzemie w nim olbrzymi potencjał.
O tym, że inni widzą w nim coś więcej niż tylko małą świecącą kulkę, miałem przekonać się już
niebawem.
Wróćmy jednak na chwilę do mojej roli jako Robo-edukatora.
Pewnego dnia bardzo niespodziewanie zostałem wydelegowany do Warszawy jako „pomocnik osoby
prowadzącej warsztaty na targach”. Jakich targach zapytacie? Jakiś z zabawkami, usłyszałem. Jako
pomocnik miałem w końcu zrozumieć jak działają Ozoboty w praktyce. Przynieść, podać, pozamiatać. Ot
tyle i nic więcej.
Tłum dzieci, jaki na nas czekał był… ogromny. Na szczęście miałem już doświadczenie w animacjach,
gdzie również musiałem nieraz zapanować nad sporą grupą dzieci. Dodatkowo tutaj byłem tylko
pomocnikiem…
Przez pierwsze 30 minut. Później mój „mentor”, z którym przyjechałem wyparował, w tłumie krzycząc
tylko na odchodne: „Muszę coś załatwić, dasz radę!”. Odbiegł z kilkoma robotami i stosem papierów, pod
pachą wprost w nieznane.

 

Animator warsztaty ozobotyShow must go on…

Skrupulatnie tłumaczyłem dzieciom i dorosłym, czemu Ozoboty są takie fajne. Opisywałem, że są jak
PacMan albo, że są mega mądre, bo przyleciały do nas z kosmosu. Ogólnie improwizowałem. I bawiłem
się przy tym świetnie.
Co jakiś czas ktoś podchodził, zapisywał coś na kartce, zadawał parę pytań i odchodził. Kontrola jakości
stanowiska, pomyślałem.
W tym momencie muszę się Wam do czegoś przyznać. Od wielu lat nie mam telewizora. Spytacie po co o
tym wspominam? Być może zrozumiecie, dlaczego nie spodziewałem się tego co finalnie nastąpiło…
Ozobotami bawiło się wiele dzieci. Również dorosłych. Wśród nich niektóre twarze wydawały mi się
dziwnie znajome. Może kiedyś robiłem dla nich animacje? Nie do końca mogłem sobie przypomnieć.
W końcu do mojego stanowiska podszedł Tomasz Karolak. Tego poznałem. Przyszedł po swojego syna.
Syn był już mocno w temacie mocy Ozobota oraz tego, jaki robot jest super. I że kiedyś roboty będą w
niemal każdym domu (to fakt!).
Ojciec zdziwił się, że jego syn tak mocno się zaangażował. Usiadł i zaczął sam się bawić. Nagle
podleciało do nas całe stado reporterów. „Co Pan powie na temat tego robota”?! „Czy się podoba?!”
„Kupi go Pan?!”
Człowiek ledwo usiadł na pięć sekund do syna i od razu atak. Znowu ucieszyłem się, że nie jestem sławny.
Z boku podeszła do mnie jakaś miła Pani. „Widzę spore zainteresowanie robotami! Chyba najbardziej oblegane stanowisko. Gratuluje!”
Tą panią z serwisu zabawkowicz.pl poznałem. W końcu jestem animatorem i muszę być na bieżąco!
„Sporo tu reporterów!” -zagaiłem
„Jak zawsze na takich imprezach zamkniętych dla celebrytów”-odrzekła
„Celebryci? Hm… Chyba zdaje się, że widziałem kilku”
Pani Magda się tylko roześmiała, odbierając moje słowa jako żart.
„Najważniejsze, że wystawiają Wam wysokie noty!”
Noty. Jakie noty? Pierwsze słysze, pomyślałem.
„Myślę, że wygracie!” dodała jeszcze na odchodne.
W drodze powrotnej do Gdańska dowiedziałem się, że całe targi były konkursem ocenianym przez celebrytów i ich dzieci.
W ten sposób nawet o tym nie wiedząc, w trakcie targów zdobyłem wraz z Ozobotem tytuł Zabawki roku 2016.
I takie konkursy to ja lubię!